Przez półtora roku mieszkałam i pracowałam w Austrii, dokładniej w Salzburgu. Zawsze mi się wydawało że Austria to lepszy kraj niż Polska: lepsze zarobki, wyższa jakość usług publicznych, piękne góry i natura, położenie w samym centrum Europy. Ale po półtora roku mieszkania tam doszłam do wniosku, że jednak nie jest to kraj idealny (przynajmniej dla mnie).

Poniżej kilka moich bardzo osobistych obserwacji o Austrii i Austriakach po tym półtora roku, które sprawiły że nie chcę tam wracać na dłużej.

Ranne ptaszki

Większość ludzi w Austrii zaczyna pracę bardzo wcześnie. Bardzo. Gdy przychodziłam do biura o 8, byłam jedną z ostatnich. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie że ludzie wcale nie wychodzili wcześniej. W ciągu tygodnia “nadrabiali” sobie godziny, tak aby w piątek skończyć pracę w porze lunchu. Niby fajnie, mają work-life balance. Ale im dłużej tam byłam, tym bardziej zaczęłam wierzyć, że praca w tygodniu po 9-10h tylko po to żeby móc się urwać w piątek o 12, to wręcz przeciwieństwo work-life balance. To życie według zasady “byle do piątku”, która zazwyczaj oznacza że nie lubisz swojej pracy. A przynajmniej takie było moje odczucie gdy siedziałam o 14 w piątek w pustym biurze.

Małomiasteczkowość

W Austrii miasta są raczej małe. Salzburg to zaledwie 156 tyś mieszkańców, nie mówiąc już o Sankt Johann im Pongau, skąd pochodzi firma w której pracowałam. To małe miasteczko w alpejskiej dolince.

Ale tu nie chodzi o same liczby, a raczej o mentalność i sposób życia.

Ten irytujący kolega z innego zespołu który się wymądrza? Okazuje się że jego rodzice są właścicielami hotelu i ważnymi osobami w miasteczku z którego pochodzi firma. Trzeba uważać co się mówi.

Ludzie na wysokich pozycjach którzy ustalają wizję produktu i firmy? Chyba dostali pracę nie ze względu na swoje kwalifikacje, a dlatego że chodzili z właścicielem do przedszkola. Nie mają pojęcia o oprogramowaniu, systemach, czy projektowaniu aplikacji.

Pani która zajmuje się biurem i powinna dbać o employee experience? Powiedziała że firma nie może kupić mleka owsianego do kawy, bo jest za drogie.

Kilka wyjść na meetup techniczny? Właśnie poznałam wszystkich ludzi w mieście którzy interesują się danym tematem.

I uwierzcie mi, jeśli chodzi o małomiasteczkowość to wiem co mówię, bo wychowałam się w małym miasteczku liczącym około 12 tyś mieszkańców. Wspominam to bardzo dobrze i sądzę że małe społeczności są super. Problem w Austrii jest taki, że nie da się od tego uciec. Nie ma dużych miast (poza Wiedniem), a w średniej wielkości miastach (jak Salzburg) mentalność jest właśnie małomiasteczkowa.

Austriacki niemiecki

Najbardziej w Austrii zaskoczył mnie … język. Uczyłam się niemieckiego od podstawówki i czułam się w nim całkiem pewnie. Coś tam słyszałam o dialekcie w Austrii, ale sądziłam że to tylko w górach i tylko starsi ludzie w nim mówią. Nic bardziej mylnego. W Salzburgu prawie wszyscy mówią w dialekcie. Młodzi, starsi, wykształceni, mniej wykształceni. I to do tego stopnia że gdy poprosiłam jednego kolegę w pracy żeby porozmawiał ze mną w Hochdeutsch (takim czystym niemieckim którego uczymy się w szkołach), to powiedział że nie da rady i woli po angielsku.

Ach ta tradycja

Dialekt jest moim zdaniem jedną z wielu oznak przywiązania do tradycji w Austrii. Kolejnym przykładem są ludowe festiwale, tak zwane Volksfeste. Ludzie ubierają się w dirndl i lederhosen, piją piwo, słuchają muzyki na żywo, często obok są karuzele. I tu znowu - to nie jest domena tylko starszych ludzi. Te festiwale są świętowane od pokoleń, przez młodszych i starszych. Ma to swój urok i zdecydowanie tworzy poczucie społeczności.

Ale właśnie przez to ja czułam się trochę outsiderem. Nie miałam tradycyjnego stroju, nie mówiłam dialektem, nie wiedziałam czym są te wszystkie święta i zwyczaje - bo to raczej taka lokalna, ludowa wiedza. Ciężko mi było wejść w tę społeczność.

Czasem ta tradycyjność to była też po prostu staroświeckość. W Salzburgu były tylko tradycyjne austriackie restauracje z Wienerschnitzel’em, tradycyjne koncerty (miasto Mozarta!), tradycyjne kawiarnie i tradycyjne studia fitness. Mnie osobiście brakowało tam czegoś nowego. I nie chcę nawet zaczynać tematu płatności i innych małych codziennych udogodnień. Nawet nie wiecie jak tęskniłam za BLIKiem, Booksy czy InPostem!

Nie ma to jak Polska

Mogłabym wymienić jeszcze kilka “dziwnych rzeczy” na które natknęłam się w Austrii. Ale może wystarczy podsumować że mnie osobiście ciężko się było odnaleźć w Salzburgu.

Może gdybym mieszkała w Wiedniu, moje odczucia byłyby inne. Ale stolica rzadko oddaje cały kraj. Dlatego jestem wdzięczna za te półtora roku w Austrii, ale jeszcze bardziej wdzięczna za to, że wróciłam do Polski!

Servus!